Sebastian Jabłoński

Niezbity dowód na moje istnienie

Po pierwsze: naplułem mu w twarz.
Po drugie: obudziłem się.


Poezja
(Adamowi)

Przecinek jak zawsze intuicyjnie, wbrew interpunkcji.
Średniki sam umiem, kropki także,
tylko że często ktoś za mnie stawia;
śmierć na interpunkcji się nie zna.

Gramatyce kopniak w brzuch, by zwymiotowała
szykiem zdań, co są przeciwko niej;
jest taka miłość nie do opisania,
gdzie owym jest tylko dysonans.

Istnieje też harmonia, że się nikt nie przypierdoli,
nawet salonik literacki czy jakiś inny burdel,
tylko na to słów brakuje i atramentu szkoda,
wtedy zostaje czysta kartka.


Prestiż: sztuczka magiczna w lustrze

Kreator siebie, kreatywnie zmyślam
rozmaite wariacje. Wieczny szuler
z asem w rękawie, aktor wielu ról,
jednak! w nienapisanej sztuce.

Złodziej szczęścia i mistrz klęski,
przyłapany na kradzieży oszust życia.
W pół zaprzeczam, że zmyślam w strofie
pierwszej. Niekiedy gram naprawdę!

bez żadnej maski. W których to aktach?
Nie mogę powiedzieć. Musi być prestiż!
Widowisko bez widowni, magik bez sceny.
Oto koniec nieprzygotowanej sztuczki.


Boję się Ciebie

Boję się Ciebie przy moich nerwach.
Moje chłodne dłonie świecą
w rytm dygotania świateł latarni.
Boję się Ciebie tuż przy mojej piersi.

Jest Twoja zimna skóra,
aż ciepłe wydają się moje wargi.
W pulsującą skroń wartkim słowem
– ścięte białko.

Boję się Ciebie mój smutny wierszu,
moje lustro oczu widzi też Twój strach,
ale muszę przez Twoje zlęknione ciało
precyzyjnie odmieniać nasz niepokój.


Nie odpowiadaj mi ciszą

Nie odpowiadaj mi ciszą,
moje słowa w niej obojętnieją.
Dzieli nas wtedy Twoje przemilczenie,
staję się wstydliwą blizną,
otwartą raną, z której pije mój język
i od razu drętwieje.

Nie miej żalu, że pytam Cię o miłość.
Strach siedzi mi na ramieniu,
a w czterech kątach samotności
wieje tylko wiatr arktyczny
– chłodny podmuch polarnych zórz.
W nim nie rośnie zapach Twojej róży.


Fiat Lux

Kiedy do mnie przyjdziesz,
przyjdź ze światłem.
Chciałbym przy nim Cię odnaleźć
i każdą część Twojego ciała
zmieścić w pocałunku.

Kiedy ze mną będziesz,
zgaś to światło.
Wtedy nagi wstyd ubiorę w słowo
„ciemność”;
rozbierzemy się aż do naszych blizn.

Kiedy ode mnie pójdziesz,
nieś to światło, to nasze małe Słońce.
Jeśli zgaśnie – wtedy przyjdę,
przyjdę wraz ze światłem.


Ostatni dowód na moje istnienie

Moje źrenice reagują na światło.


Śmierć w salonie

W salonie gęsto od ciszy,
wypada komuś odchrząknąć,
ktoś z tyłu głośno ziewnął,
w milczeniu zrobił wyrwę.

W salonie śmierdzi moczem,
wypada każdemu zostać,
każdy bezradnie się krztusi,
wdowa połyka żołądek.

W salonie gęsto od spojrzeń,
już można iść, zapalić papieros;
gaszą światło, otwierają okno.
Śmierć wychodzi ostatnia.


Rozebrana do snu

Rozebrana do snu – naga jak wstyd.
Jej nagość od świtu jaśniejsza,
aż kryształ serca stanął w gardle.

Wierna jak suka tej tętniczej czerwień na skórze
– rozebrana do snu smakuje jak rdza;
kolor umierającego słońca mam na końcu języka.

Rozebranej do snu i moja miłość
– śmierć ciemniejsza od nocy,
szukamy jej bezwiednie zaklętej w tercynach.


bohema na odwyku

dzień dobry smutne
niczym bym was pożegnał
do widzenia również takie
ostatnie
równanie równi pochyłej
jak kreska na kreskę
potem wszystko pod kreską
wychodzi krzyżyk… postaw tutaj
na mnie
dług rośnie… bez drogi


Północ

Zegar jest w takt mojej bezsenności,
nabity światłem iskrzy fluorescencyjnym okiem.

Pod zmęczonymi powiekami
trzeszczą mi ziarenka piasku
– cała pustynia piachu!

Szukam i znajduję Twoją lewą pierś,
przykładam do niej ucho – delikatnie,
by nie zbudzić Ciebie śpiącej
– nasłuchuję:
liczę kilometry kojącej krwi.


zapach

im bardziej rozbierałem Twój wstyd
aż przestał być w końcu wstydem
tym bardziej w Ciebie wchodziłem
delikatnym ruchem ręki
przejeżdżałem palcami po skórze
poomackich ścian wewnątrz korytarza
kryształowego flakonu perfum noir
na Twojej szyi zaciągam się
zapamiętuję drogę po nitce zapachu
od początku wejścia zapominam wyjście


Zła suka

I znów w moim koszmarze Twój
koszmar przebudzenia i jeszcze pogłos
tego prawdziwego – rozmyty obraz
złej suki, co Ci się notorycznie śni,
agresywnie gryząca po kostkach.

Dodzwaniasz się wreszcie do mnie,
chociaż nie znasz numeru, nawet
telefonu już nie mam, ale dodzwaniasz się

i mówisz mi,
że nigdy wokół właściciela, bądź hycla,
którzy mogliby złapać tę wściekliznę
czarnej maści, bezpańską paranoję.

Wychodzę z mieszkania, wiem gdzie idę
– to ważne, bo zawsze chodzę tylko
                             dokądkolwiek, albo donikąd;

bardzo pewnym krokiem zmierzam
na komisariat służb porządkowych
i oto moja porażka – nie znam imienia
                                                  tego koszmaru,
nie wiem na co złożyć donos.

A więc tylko piszę ten wiersz
na Twój nocny i poranny niepokój:
niech Ci będzie kagańcem i smyczą,
nawet zastrzykiem usypiającym,
łopatą i ziemią, prowizorycznym grobem.
Wreszcie niech będzie Ci święty spokój!


Rush

Wpierw pękło niebo. Piorun
zaskwierczał, wił się jaszczurką,
błyskiem w oku. Ślinianki pracują.

Później zgasło Słońce. Drugie
już rośnie w żołądku, kiełkuje łodygą
aż do warg, które wstrzymują zawartość.

W końcu runął deszcz – rześka kaskada
kropel. Furiacko tańczą, rozbryzgują się
we mnie delikatnymi ukłuciami szpilki.


Skrętoskłony

Przychodzą zawsze nocą. Zawsze.
Jestem pewien, ale nie wiem dlaczego.
NIe mają ciała. NIe mają twarzy,
jeśli jednak mają –  to moją wczorajszą.

Przychodzą zawsze nocą. Zawsze.
Mają moje grzechy spisane na kartce.
Nie mają ciała, nie mają oczu,
jeśli jednak mają –  to moje uśmiechnięte.

Przychodzą zawsze nocą. Zawsze.
Nigdy nic nie słyszę, nigdy się nie budzę.
Nie mają ciała, nie mają dłoni,
a więc dlaczego rano czuję sto pięści bolesnych?


Pokój dwudziesty czwarty

Kiedy wychodziłaś, to stała mi się poezja
tak jawna, że były ściski serca i spazmy
kończące się dopiero w okolicy gardła..

Pokój dwudziesty czwarty.
Zaszkliły nam się oczy, pękła szyba źrenić.
Każda z łez scałowana –  wzajemnie.

Piętro wyżej groteska: pianista grał jak pijany
nieznane mi scherzo –  powaga zachwiana,
rozproszona śmiejącą się w twarz gamą.

Wyszłaś. Noc zamknęła za Tobą drzwi,
ściągając mnie z łóżka na podłogę;
slyszałem kroki, korytarz pełen kroków,

echo.


Pantomima

Urządziłaś sobie bardzo wygodną ciszę,
z tego knebla włożonego mi do ust
– zardzewiały stop szmaty i warg,
w który od słów wsiąka moja ślina;

wyrzekam z nią prawdę i tylko prawdę,
co brzmi teraz tylko jękiem, błazenadą;
wiem, nie chcesz słuchać, nawet słyszeć,
ale kiedyś jeszcze Ci się przyśnię!
                                                                  pantomimą.

Wtedy Ty zadzwonisz – jeszcze senna,
spytasz o tę prawdę, co wyrzekłem,
słów mi braknie – Twoja cisza Cię ugryzie!
I dopiero wtedy się obudzisz.


Miłość

Zaszłaś mi za skórę.


Iwan Bezdomny na izbie wytrzeźwień

Chrzest bojowy: wpierw chrzęst kajdanek,
to był ostry dźwięk industrializacji przemysłu
klaskałem zębami, a nogi mi się trzęsły
od zrównywania z ziemią starych fabryk.

Błękit – czerwień, czerwień – błękit;
nieprzerwane wycie syren, dziwaczne
jest to metrum nadchodzącej wojny;
teraz tylko wrócić na tarczy, albo na niej.

Służby porządkowe wprowadzają mnie
do środka: żart nie na miejscu, nie w takt,
śmiech serdeczny i szczery recepcjonistki,
która mieli w mordzie kiełbasę – odór,
potem:  zngiły kitel, zimne posadzki, prycza.

***

Wyszedłem.
Milczą słuchawki – najwyraźniej złote,
ja porządnie zaśniedziały, lekko gryzą w dłoń;
kogoś zapytałem o papieros i ogień,
wydusiłem: którędy do apteki?! Ja krwawię!

Ale nikogo nie było.

***

Gasną  światła, kurtyna opada,
koniec przedstawienia, owacje,
ale na stojąco!  Schodzę ze sceny
z raportem w nieumytych zębach

– ochrzczony będę czekał w rynsztoku
                                                                 na rzeź.


Perły w koronie

Boli mnie głowa, skronie mam ściśnięte
zardzewiałym imadłem ciśnienia,
które powstać musiało tylko z wybuchu
gazowego rurociągu w starej kamienicy.

Ścisk rozchodzi się po głowie kształtem
korony – ciężką, ołowianą obręczą
z kolczastego drutu – bolesną
jak widok rozsadzonego budynku.

Przez sufit z tektury wybrzmiewa,
dokładnie milimetry nade mną:

jakby galop koni po skrzypiącym łóżku
– dyszący sąsiedzi, sapiący w tym pędzie
i coraz radośniej! i głośniej! i koniec!
tuż nad moim biednym uchem

fatalnie brzmiący wydźwięk, unison
z sopranu i tenoru – niepokojący pisk jakiś,
imitujący ten przerażonych świń,
przygotowanych i ciągniętych na ubój;

radio trzeszczy niemiłosiernie głośno
audycją prowadzoną przez spikera
o głosie wiertła dentystycznego
Ja pierdolę! Kurwa! Wyłączcie to!

Sąsiad z dołu miarowo wali w sufit.
Kurwa! Panie! To nie moja wina przecież!
że muszę odmawiać na głos pacierz
złożony z soczystych bluźnierstw,
które niosą się po klatce schodowej
chóralnym echem.


Ostatni wiersz

Czerń nie jest kolorem, lecz tłem
mojej intrygującej bezsenności –  nie snu,
bo czuję, że to już nie koszmarną ręką piszę ten wiersz,
lecz Twoim niespokojnym oddechem.

Kropelkami krwi odmierzam naszą rozpacz.
Odmierzam cierpliwie, dokładnie,
chociaż spierzchnięte dłonie odmawiają tej cierpliwości,
jakby przerażone, że skończy mi się krew i cały zbieleję.

W rytm lunatycznego światła latarni
panorama pokoju kołysze się identycznie niemal.
jak wtedy kiedy powiedziałaś słowa “kocham”.
Tylko wskazówki zegara zawzięcie informują,
że sceneria musi być syntetyczna;

jednak wskazówki zegara cofają się –  a więc śnię!
także wnioskuję, że ostatni dowód na moje istnienie
                                                                         musiał być prawdziwy,
tylko, że rękę, którą go pisałem, odcięto mi,
a każdą jego literą dławię się – wymiotuję.


Nie powiedział nikt

Pod kołdrę wślizgnęła się sycząc,
chłodna dłoń wspomnienia o Tobie
i zaczęła stukać paznokciami
o moją bezwładność spoconego ciała,

ustalając dysonans – szybki rytm serca,
tętent śmierci.

Spojrzałem w górę, nie wierzę,
wszystkie sufity od pierwszego piętra
                                                                      wzwyż,
zapadały się na mnie, dusiły piwnice
klatki piersiowej.

A obok nie było nawet śladu
ciepłych ust, co powinny być,
w skostniałą gałąź ucha
nie powiedział nikt:

obudź się – śnisz!


Autoportret

Wewnątrz moja głowa
jest jak betonowa piwnica,
po której harcują szczury,
już rosną od wilgoci
wzory grzybów i pleśń.

Moje ciało jest spięte,
jakby gotowe do skoku,
niczym przepona saksofonisty
przy ostatnim dźwięku,
który kończy lament.

Moje kroki się mylą,
jak tych po ostatniej wódce
wyrzuconych z baru,
co gdzieś wracają,
chociaż nie mają dokąd.


Nostalgia: nie wiedziałem

Rafałowi Podsędkowi

Sierpień pachniał zachodami słońca,
narkotykami i benzyną.
Drogi, które dokądś prowadziły,
zamieniłem na ślepe uliczki i sufit.

Możesz podejść, zapukać w szybę,
opowiem Ci przez pręty w oknie
o całowaniu ścian:
wychodziły z nich liście, tańczyły
na dłoniach, siebie wzajemnie mnożyły
i swoją tajemnicę.

Nie wiedziałem,
że to miasto jest obozem koncentracyjnym,
będąc jednocześnie moją słodką ojczyzną.

Nie wiedziałem,
że przestrzelę sobie kolana i serce,
a na wargach osiądzie mi popiół.


Ta cisza jest wymowna