listy do Z.

List do Zofii – Zawał (12181 dzień życia)

[List ten dedykuje oraz wprost do grobu posyłam Mironowi Białoszewskiemu.
Mironowy “Zawał” zachwycił mnie w ogóle, wywarł całokształtem,
natomiast mi zależało na ujęciu zjawiska w detalu konkretnej chwili.
Do Mironowego “Zawału” nawiązuje jedynie w tytule oraz pierwszym zdaniu.]

 

Miasto na G.
25. 2020r.

 

Zofio,

W sklepie mnie wzięło. Wychodziłem już zapłacony, a nagle ciemność widzenia, jak w tunelu, zaraz skurcz i kłucie w moście, serce jak pędzący ekspres: „Stacja końcowa, Wieczność, proszę wysiadać!”. No, serc-ucho moje wielkie trzepotało, jakby chciało się wyrwać i odlecieć, porzucić mnie w cholerę! Szybko, niczym motyle skrzydła i seriami, coraz szybciej. Przelot myśli, „Oho, to już?”, bo więcej myśli nie złapiesz, nie idzie złapać – rozsądek, ludzka siła i wola, cały człowiek i świat dookoła, kurczą się niczym gromady galaktyk w czarnej dziurze – w jednej chwili do rozmiarów główki od szpilki. Nic nie słyszałem, sprzedawca, jakieś osoby za mną, wszystko zniknęło. Świadomość, że zaraz puf i mnie nie ma, kolejny przelot myśli, paniki, niewiary: „Naprawdę, to wszystko i już? Przekręcam się w sobie?” Uczucie śmierci, to najbardziej przerażające doznanie samotności, jakiego doświadczyłem. Przerażenie tak wielkie, że zrywa kontakt z całym światem. Błagałem samego siebie „Nie teraz, proszę, nie teraz, a Zofia, przecież jedzie, jeszcze trochę, dwa tygodnie, proszę, jeszcze nie, jeszcze dwa, Zofia!”, a to błaganie w kółko, jak automat, po cichu kręciło przez cały czas: „nie, jeszcze, dwa, Zofia, proszę, nie….” Ciemność widzenia, jakbym wzrokiem wszystko oddalał i dodatkowo, pomniejszał, a dookoła widzenia – nic, tylko ciemny, długi tunel czerni. Widzenie ciemne-wydłużone. Patrzę na dłoń, a ta dziesięć metrów przede mną – żyły napięte, wiją się, unoszą jak węże, zaraz pękną, wybuchną ostatnim dziełem mojego życia, rozeksplodują mnie krwią na całą przestrzeń. Przerażenie takie, że nawet teraz nie wiem jakie, myślę: „No jakie, gargantuiczne?”, ale czuję: „Nie, nadal mało.” Pierwszy raz w życiu brakuje mi słów, muszę pogadać z S., musimy wymyślić nowe słowa, własne słowa i znaczenia. Inaczej nie wyjaśnię. Ale też nuty hektyczne, teraz to czuję, analizując po raz setny, a wszystko razem podane w niezwykłej mieszance głębokiego spokoju z niemożnością zrobienia czegokolwiek, bo oto jest się nagle w sytuacji natychmiastowej i ostatecznej, jednocześnie. Pozbawiony ruchu, czułem ten szalony spokój konania.
Chemiczny koktajl, jakim śmierć zalewa całą głowę, topiąc w tej miksturze wszystkie zwoje, to niezwykle głęboki mechanizm. Nie znałem go nigdy wcześniej i mimo, że to mechanizm doskonalony w każdym z nas od zarania dziejów, to przez całe życie głęboko ukryty. Mechanizm do użytku własnego, lecz najczęściej, niestety tylko raz, dlatego tak ciężko poznać go bliżej. Ogromne narzędzie natury, dużo starsze i większe od samego człowieka, naturalny narkotyk, pomieszanie zmysłów, pomieszanie na raz wszystkiego. Wyobrażasz sobie? Przerażenie takie, nie wiem, jakby strach całego świata, strach wszystkiego co żyje i czuje, w formie kosmicznej rury był mi wtłaczany strumieniem prosto do głowy. I ciągłe przeloty myśli, łapię, ale z coraz większym trudem: „Wychodź, wydostań się stąd!”, bo jakby wymownie to nie brzmiało, to ja nie mogłem, nie chciałem kopnąć w kalendarz tam, tak jak stałem – w monopolowym, między chłodziarkami z alkoholem. „Wyjdź stąd!”, zrzuciłem plecak, “Wyjdź jak najszybciej!”, ale nic nie widziałem, obraz coraz mniejszy w coraz dłuższym tunelu, wychodziłem na pamięć. Zrzuciłem skrzynkę w piwem, huk przecież wielki, a ja nic nie słyszę, słuch padł, ale idę, na pamięć, chwytam klamkę, jest, popycham drzwi, otwieram i dysząc wylatuję na otwartą przestrzeń. Ludzie wybiegają za mną. Łapię ostatnie przeloty myśli: „Zofio, nie przekręciłem się w monopolowym, odhaczone!”, skupiam się i wytężam: „Kocham Cię, ale muszę się żegnać, słyszysz mnie jakoś? Umieram”. 
Podchodzę do barierki, kucam, lecz wtedy i nagle dzieje się rzecz niezwykła, bowiem ja wcale nie umieram, a przynajmniej, umierać przestałem. Zamiast tego skulony w sobie zacząłem płakać, normalnie, na głos, bezwstydnie płakałem przy wszystkich, niemal na środku ulicy. Nie mogłem się uspokoić, mogłem tylko płakać coraz głębiej z coraz głębszego JA. Nie mogłem się opanować, nie wiedziałem co się dzieje i wtedy wreszcie coś zacząłem rozumieć, zacząłem pojmować co się dzieje. Ja z siebie wypłakiwałem Ciebie i Twoje wieczne nieprzyjeżdżanie, być może dlatego, że wreszcie mogłem, a wszystko co mnie trzymało, puściło nagle i niespodziewanie. Z każdą kolejną strużyną łez, zaczynałem czuć się lepiej, wyobrażasz sobie? Potworny ból w klacie zaczął puszczać, ściśnięta szyja, gula w gardle, ciśnienie, cały zawał powoli ustępował. Widzenie tak samo, z każdą chwilą było coraz bliżej naturalnych rozmiarów. Pojąłem wszystko, pojąłem, co tu tak naprawdę się dzieje, ale beczeć nie przestałem. Nic z tego. Pozwoliłem sobie jeszcze bardziej i całkiem puściłem się w sobie. Ku przerażeniu widzów – zacząłem ryczeć jeszcze głośniej!
Zawsze czułem, że ostatecznie, zawiedzie mnie serce, zawiedzie mnie serce, zawiedzie mnie serce… ale jeszcze nie dziś! Jeszcze nie teraz. Usłyszałem głos za sobą: „Pierdolę, wzywam pogotowie!”, wtedy zebrałem się w sobie i mówię: „Stój”, wytarłem twarz i dalej: „Zostaw, nikogo nie wzywasz.”, siadam na chodniku i zaczynam czuć niesamowitą lekkość, jak rośnie i mnie wypełnia, jakby mnie całego od środka coś przenicowało, calutkiego. Uczucie lekkości, oczyszczenia, jakbym wreszcie puścił coś okropnie ciężkiego, co dźwigałem od tak dawna, aż zapomniałem, że to dźwigam. Podnoszę głowę i znowu jakby do wszystkich: „Przepraszam za straty, koszty pokryję jutro” i wtedy nagle, ni stąd ni zowąd, nie mogę się powstrzymać i zaczynam się śmiać. Z lekkości, z radości powrotu do życia, bo przyjeżdżasz, ale jak, śmieje się, uspokajam, układam wszystko w głowie, jeszcze raz, czy wszystko jest tak, jak rozumiem i zaraz znowu wybucham śmiechem, jeszcze głośniej niż przedtem. Wreszcie udaje mi się uspokoić, to dalej mówię do publiki: „Ja już się zbieram, zaraz mnie tu nie będzie” i znowu śmieję się jeszcze głośniej, widownia całkiem zmieszana, oczy szeroko otwarte, bo kompletnie nikt nie wie, co tu właściwie się dzieje. Oprócz mnie. Próbuję coś tłumaczyć: „Nie rozumiecie, bo i skąd. Zofia przyjeżdża, to dlatego.” Podniosłem się, wypionowałem, otrzepałem, w usta wrzuciłem ćmika i wypełniony lekkością zrzucenia wielkiego ciężaru i radością powrotu do życia, śmiejąc się przez cały czas, po cichu rzuciłem ostatnie „Przepraszam”, po czym odwróciłem się i zacząłem iść w kierunku do siebie, śmiejąc się nieustannie i pogwizdując w rytm co kilka kroków.

Twój,
nieśmiertelny,
zmartwychwstały,
— Adam DeLoewe.

P.S. Jak umierałem, jeszcze w sklepie, to wiesz co widziałem? Widziałem Ciebie, Twój przyjazd, Twoją cipkę i jak siedzisz mi naga na głowię. Czułem wielki strach, że to wszystko zaraz zniknie na zawsze, że Ty zostaniesz tu, ja przepadnę gdzieś tam i już nigdy niczego nie poczuję, a nie tak miało być.
Zofio, nie ma co, ja to mam fart! Ale wiesz co? Takich jak ja, diabli specjalnie nie biorą. Tacy jak ja do nich zawsze zdążą. Zofio, tak czy siak, jakby ktoś pytał o coś złego, to nie ja!

***