listy do Z.

List do Zofii – Wieczorek autorski (12148 dzień życia)

 

Miasto na G.
21. 2020r.

 

Kochana,

jak Cię nie ma, to ja zaraz tonę. Najpierw znika umiar, niewiadomo gdzie. Zaraz potem niepotrzebne miary, jedna za drugą, aż puszczają wreszcie wszystkie, spieprzają drzwiami i oknami, „ratuj się kto może!”, a na końcu… na końcu znika grunt pod nogami. Jak dywan zwija się, roluje. Tonę, tak jak wczoraj, zachłyśnięty, ale jakie to wspaniale!

S. oczywiście spóźniony, był po dwudziestej, ale już o dwudziestej trzeciej przegoniliśmy samych siebie. Ciut za dużo, jak zwykle, ale zawsze w sam raz.
Zresztą, jak się kogoś lubi, ale widuje rzadko, to nie ma ani minuty do stracenia, trzeba się gapić, promienie wzroku łapać oczami, stykać się dużo w tych intymnych miejscach zewnętrznych, do jakich z pewnością należy wzrok. Końcówki spojrzeń, to trzeba łapać. Tam najwięcej się mówi, a czasem nawet mówić nie trzeba, wystarczy spojrzenie i już się powiedziało. Tylko wiesz, trzeba mieć zdrowy wzrok, albo jak ja, sokoli.
W pewnej chwili siedzimy z S. przy stole i gapimy się na siebie, ale przez kieliszki, a ten zrywa się na proste nogi, pionuje postawę, poprawia włosy, w zęby wkłada papierosa, w garści ściska kilka wierszy, chwyta za flaszkę i mówi: „To patrz teraz!” i leci na balkon jak opętany! Zatrzymuje się przed barierką, bierze łyka z flachy, odpala ćmika, zaciąga się i drzeć się zaczyna, ale jak! Z brawurą, zacięciem, drze się we wszystkie strony, do wszystkich noclegowni: „Ludzie, chodźcie do nas! Za dziesięć minut! Na klatce robimy wieczorek autorski! Gorzała na miejscu! Wszyscy do nas! Zapraszamy! Dziesięć minut! Zaczynamy!” – nagle ucina i wbiega do pokoju, rozlewa wódkę po sześciu kieliszkach i mówi przez wielki uśmiech: „Widzisz, co nam załatwiłem?”, wtedy ja: „Widzę, ale nie mogę uwierzyć!” i gramy refren wieczoru (ref. wieczoru: chwytamy, pijemy, ocieramy, krzywimy x2). Potem znowu zapalamy ćmika, trzy zbyt szybkie sztachy (aghrrr, przełyki parzą!) i S. do mnie: „Co zamierzasz?”, mówię: „Jeszcze nie wiem, daj pomyśleć, ćmika spalić”, wtedy on rozogniony bajecznie (ale oboje stopami nad ziemią!), mówi: „Myślisz dużo przyjdzie?”, mówię: „Najmniej las, a najlepiej lasy dwa”. Wypijamy jeszcze po jednym, dopalamy nerwowo, pośpiesznie, S. patrzy na zegarek, krzyczy: „Dwie minuty po czasie! Dawaj stary, ludzie czekają!”, więc gasimy ćmiki w kieliszkach, bo teraz nic się nie liczy, chwytamy papiery (nikt nie patrzył, pierwsze lepsze, jak leżały: suche, mokre, przypalone, ja jego, on moje i dawaj). „Czekaj, zapalę jeszcze na drogę.” – „Ja też!” i idziemy! Biegniemy, śmiejemy się, przepychamy, ciemny tunel przedpokoju, widzę iskry – iskry żaru jego papierosa, które wcale nie gasną, wiszą w powietrzu, zastygają w czasie! Lecimy jak szaleni, ale tuż przed drzwiami: cisza! baczność! równaj! stop! – a wszystko bez jednego słowa. Każdy wie, co ma robić, wiemy, o co chodzi. Zamieramy obaj, pionujemy się równiutko, rzucamy ćmiki, gasimy, jak w zegarku. S. poprawia włosy, ja nie poprawiam, obaj gładzimy koszule, układamy spodnie, pionujemy się jeszcze raz – kontrolnie. Wtedy S. chwyta za klamkę drzwi na klatkę i mówi: „To co, bo potem już nie ma odwrotu – idziemy?”, mówię: „Nigdy nie ma odwrotu. Miałeś kiedyś jakiś odwrót?”, wtedy otwiera drzwi i tak: my w ciemności, tam wielkie światło, robimy krok, wchodzimy w to, ale… nikogo nie ma.
Nikt nie przyszedł. Wyobrażasz sobie? Nawet pod klatką (!) – zaraz biegiem sprawdziliśmy, ale nic, ani głowy, a z lasu nawet źdźbła trawy. Na klatce wylądowaliśmy sami. Wieczorek autorski się odbył, a jakże, wykonaliśmy go sami sobie, ale jakoś bez przekonania. Najpierw ja schodziłem na pół piętro, słuchałem i klaskałem, potem zmiana i tak cztery razy, co nam zajęło… połowę flaszki, jednak całość bez werwy, bez natchnienia, bez boskiego namaszczenia, bez wniebowstąpienia, bez zmartwychwstania i bez wyrazu. Czułem smutek. Show wydmuchów i kaszlnięć, o którym lepiej zapomnieć. Światło gasło kilka razy i wreszcie, za którymś tam razem, zebraliśmy butelki, papiery, chwyciliśmy się za szyje i wróciliśmy do dużego. Mówię: „Zapal mojego, chcesz?”, a S.: „Wiem, wiem, pali się jeden od drugiego”, usiadł, spalił, zasnął.

Jest piąta czterdzieści rano. Nic nie spałem, ani minuty. S. zdycha w dużym, ja zaraz kończę ten list i znikam we śnie. Mam nadzieję, że nic mi się nie przyśni. Chcę ponieistnieć. Potrzebuję.
Czuję smutek. Coraz więcej smutku.

Twój,
ul-lu-la-ny,
ukochany,
— Adam DeLoewe.

***