listy do Z.

List do Zofii – Zaczepny (11883 dzień życia)

 

Miasto na G.
26. 2019r.

 

Kochana Zofio,

Jak tylko się obudziłem i spaliłem pierwszego porannego ćmika, to napadła mnie myśl, chociaż bliższe to było pragnieniu, aby natychmiast wstać, zerwać się z łóżka i pędzić do biurka, aby wszystko zacząć Ci opowiadać. Jednak ostatnią siłą woli, kiedy już zaraz miałem się zrywać, pomyślałem nagle: po co wstawać? Papierosy już i tak leżą obok… 
Najdroższa, piszę do Ciebie na leżąco!

To tyle z dobrych wiadomości. Teraz złe. Wśród złych, same smutne…
Wczoraj byłem w bibliotece oddać książki, a tam od razu idiotyczny konkurs literacki dla młodzieży, który w skrócie polegał na sypaniu nazwiskami i datami na zasadzie kto głośniej. Przekrzykiwali się podnieceni, jak chorzy albo szaleni, jakby ich życie od tego zależało… Widok kompromitował to wydarzenie, jako konkurs literacki! Oddałem swoje książki, ale stałem i patrzyłem, czy wydarzy się coś jeszcze głupszego i wtedy stała się rzecz niezwykła – cała wrzawa, która aż wylewała się z budynku biblioteki, na chwilę niemal całkiem ucichła i wtedy ja, cudownie zwrócony do wszystkich, głosem donośnym i wyraźnym zaintonowałem do wszystkich tak szybko, jakbym czytał na czas:
Uwaga, wszyscy! Kolejne zadanie! Wymień jak największą ilość pisarzy, którzy odurzali się potężnymi ilościami: opium, marihuany, wina, gorzały, LSD, kokainy, heroiny, benzedryny, amfetaminy, meskaliny, lekami przeciwbólowymi i tak dalej, i tak dalej. Czas start!
Wziąłem oddech i zamarłem, ale przede mną, Zofio, gdybyś tylko widziała, cisza niemal doskonała, na którą przecież zasługuje każda biblioteka, a wszystkie oczy skupione na mnie. Delektował się efektem wtrącenia swoich pięciu groszy, na który przecież zasłużyłem dużo bardziej, aniżeli wrzeszcząca zawartość owej biblioteki, po czym dodałem, jednak już ciszej:
Uwaga, uwaga, można też ogólnie odpowiedzieć, że Światowy Kanon Literatury, to największe na świecie nieformalne zrzeszenie najgorszych ćpunów, pijaków i łajdaków, jakich nosił ten świat. Tylko proszę swoimi słowami! Tylko wtedy zaliczę zadanie!
Gdybyś to widziała! Wszyscy jak posągi! Uśmiechnąłem się nawet, aby mojej widowni chociaż trochę wypadły kije z oszołomionych tyłków, ale nic z tego, cały czas tylko stali i gapili się, wyobrażasz sobie?
Wziąłem plecak i z dumnym uśmiechem opuściłem ten wątpliwy przybytek kultury.
Koniec końców przydarzyłem im się ja – nic lepszego nie mogło. Mam nadzieje, że rozmontowałem im tę imprezę.

Ale wiesz co, jak tam stałem, jak oddałem już książki i patrzyłem na to wszystko, to poczułem w sobie silne wzdrygnięcie albo jakby ktoś mnie uderzył w tył głowy. Czy to baśń? Być może. Ale nie wziąłem już książek na wymianę. Poczułem wstręt. Na razie już nie chcę czytać. Nie wiem, być może już nigdy nie będę.

Całą narracje o literaturze, należy tak przebudować, aby nieustannie ukazywać ją w możliwie całym zakresie najszerszego spektrum, ale pod karą śmierci – nigdy z poziomu pojedynczego dziełka. Ba! Na zajęciach z literatury w ogóle nie powinno się pisać, ani słowa, powinno się tylko czytać i rozmawiać. Powinno się mówić albo słuchać. Książki z bibliotek zaraz by zniknęły i już na zawsze chodziły tylko z ręki do ręki. Ale… kto ma dziś czas rozmawiać?

Potem kupiłem cztery butelki najtańszego wina i spacerując wracałem do siebie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, bo i skąd… 
Słuchaj, wiesz co teraz robią młodzi? Nigdy nie zgadniesz. Młodzi teraz organizują się w grupy i razem zbierają podpisy. Nastąpił jakiś paskudny przewrót w głowach całych pokoleń, a ten przewrót wytarł z ich myślenia jedno z najważniejszych słów: bunt. Młodzi już się nie buntują, to słowo całkiem zniknęło, a właściwie jego obraz zmienił znaczenie w ich głowach. Młodzi teraz plakaty wieszają, nagabują do przejścia na ich stronę, jak do świętej wojny, aby razem z nimi, młodymi, pod wspólnym sztandarem fałszywych ideałów i z zaciekłością świętej wojny godną, iść dumnie pod rękę i ramię w ramię z władzą, taką albo inną. Wielki przewrót, wielka zmiana ma polegać na tym, aby młodzi nie czuli, aby nie chceli zmian, aby innego świata nie potrafili sobie wyobrażać… Tu nawet nie chodzi o młodych, a o wszystkich, tylko młodych najbardziej mi szkoda, bo nie wiem jak bez ich buntu będzie wyglądać świat. Co go będzie pchało naprzód, skoro młodzi, całe rzesze młodych w skrojonych na miarę mundurkach od światowych dyktatorów, zamiast pchać tę kulę do przodu, otaczają ją i trzymają usilnie, aby nie drgnęła do przodu choćby o milimetr. Jak tak dalej pójdzie, to sam jeden za cały świat będę musiał się buntować!

Jeszcze potem, ale to już na kwadracie, odwiedził mnie W.
Piliśmy i rozmawialiśmy o kompletnej idiotyczności całego życia, o bezsensie życia oraz o tym, że nie jest ważna zawartość bezsensu w samym życiu, bowiem co z tego, jeśli i tak, poza absurdem nie posiadamy tutaj niczego więcej. To zaledwie kilka chwil wątpliwej przejażdżki, na którą przecież załapaliśmy się bez naszej woli. Przyjemna rozmowa, ale to już jutro Ci opowiem. Teraz muszę wreszcie wstać i iść tam gdzie nieznośne pcha mnie życie, aby wypełnić kilka idiotycznych zadań…

Pamiętasz jak Ci opowiadałem, że urodziłem się w sobotę o godzinie 6:47?
Pamiętasz. To ja to wielkie wydarzenie świętuję co tydzień. Właściwie, to w każdą sobotę robię sobie urodziny, jednak coraz częściej zaczynam świętować już od piątku! Zbyt wiele razy w życiu wysłuchiwałem mędrców pospolitych, iż żyć należy podług własnych zasad! To żyje. I niech im moje życie, wszystkimi przecinkami i kropkami, w gardle staje!

P.S. Mam!
Mam nowy najlepszy pomysł! Jak tylko wrócę do biblioteki po nowe książki oraz aby spojrzeć w oczy wszystkim, którzy mnie pamiętają, to wychodząc już, przykleję na szybę drzwi kartkę:
Plan Normalnego Dnia Huntera Thompsona (wypożyczacie go! skandaliści! – dopiszę grubym flamastrem):
– 3:00 po południu wstaje,
– 3:05 Chivas Regal z poranną gazetą, Dunhille,
– 3:45 kokaina,
– 3:50 kolejna szklanka Chivas, Dunhill,
– 4:05 pierwszy kubek kawy, Dunhill,
– 4:15 kokaina,
– 4:16 sok pomarańczowy, Dunhill,
– 4:30 kokaina,
– 4:54 kokaina,
– 5:05 kokaina,
– 5:11 kawa, Dunhill,
– 5:30 Chivas z większą ilością lodu.
– 5:45 kokaina, etc., etc.
– 6:00 trawa, aby lepiej przygotować się na to, co przyniesie dzień.

(tylko dopiszę małym druczkiem, aby przenigdy nie brać z niego przykładu, bowiem swoje ostatnie myśli, bardzo poetycko, ale jednak, rozbryzgał bezczelnie o ścianę pokoju)

Zofio, o przyjazd nie pytam, bo nie chcę.
Ściskam Cię, aż boli.
Szukam Cię, aż boli.
Idę psocić, szumieć, broić, na rzeczywistości się odciskać.

P.S.P.S. Oddam królestwo, za urżnięcie się z Tobą, bieganie nago po kwadracie i śpiewanie Dramatów Witkacego! W chwilach, kiedy rzeczywistość nie zostawia na nas śladów, kiedy udaje nam się złapać nieco wytchnienia, to my musimy się jej odwdzięczać, aby ta podła suka, rzeczywistość, nigdy nie miała wątpliwości, kto tu tak naprawdę rządzi!

Twój,
— Adam Deloewe.

***