listy do Z.

List do Zofii – Okropna noc (11859 dzień życia)

Miasto na G.
25. 2019r.
Kochana Z.
Uparta, Cudna Istoto,
Wszystko, co muszę Ci powiedzieć, zapisałem w skrótach myśli, a teraz je rozwijam.
Zaczynam od końca i piszę ciurkiem jak leci, bowiem przedprzedwczoraj odwiedził mnie W. i podał specyfik, który najpierw na kilka godzin wyniósł mnie na wyżyny jaskrawości przeżywania, po czym z ogromną siłą uderzył mną o ziemię i od tamtej pory, trzeci już dzień, tkwię w potwornej mieszance głębokiej sedacji i konwulsyjnych pragnień jednocześnie. Wyobrażasz sobie? Kondycja psychofizyczna beznadziejna, cały drżę, drżą mi dłonie i gubię myśli, jedna po drugiej.

Jak długo jeszcze mam do Ciebie pisać?
Dosyć mam opowiadania Tobie życia, chcę je wreszcie zacząć przeżywać. Opowiadanie zostawmy pisarzom. Zdaje się, że nie mają oni pojęcia, co uczynili z własnego żywota.

Brakuje mi Twoich oczu, których końcówki spojrzeń w magiczny sposób dopowiadały mi najbardziej, co czujesz i myślisz. Brakuje mi naszych rozmów oczami. Pragnę kochać się z Tobą i w owym pospolitym, niegustownym akcie, na kilka chwil połączyć się w absolutnie najwyższej formie wspólnego przeżywania – namiętnej jedności.

Nie potrafię myśleć o Tobie nieczule. Zresztą tu wcale nie idzie o czułość. To ja po prostu, Twoja bajeczna mieszanina, odrobina wszystkiego prosto z kosmicznej baśni, która przez nieskończoną ilość przypadków złożyła się na moje ja, a poetyka słów to moja niewola, z której nigdy nie zrezygnuję. Vive la liberté!

Wczoraj od wczesnego rana nie paliłem wcale, długo, przez kilka godzin, ale jakoś się zapomniałem, że nie palę i przez przypadek zapaliłem. Wyobrażasz sobie? Dopiero w połowie ćmika się pokumałem, ale wiesz co? Tylko westchnąłem. Tracę siły sam do siebie. Czuję niechęć. Jakaś potworna rozpacz i chłód wdzierają się we mnie. Chmury ciężkie i szare jak metal z każdej strony, deszcz z wiatrem biją w szyby, nie muszę nawet przez okno wyglądać, ani liścia rudego szukać, wystarczy, że oddech wezmę i wiem już, że to głęboka jesień. Przyszła i trochę pobędzie, a ja zawsze mam wrażenie, że ona zawsze na kilka dni przed oficjalnym przybyciem, najpierw przychodzi do mnie. Moja droga, nasz plan Wielkiej Ucieczki od świata zakłada, że uciekniemy na jesień. Nie dlatego, że mam świetne jesienne buty za kostkę. Jesień to najlepsza pora na takie ucieczki. Miałaś być u mnie pięć tygodni temu i jeśli to nadal będzie się przedłużać, to Wielką Ucieczkę musimy ostatecznie przełożyć na przyszły rok. Zastanów się, ale ja inaczej tego nie widzę. W najgorszym razie poukrywamy się w zepsutym mieście na G. przez kolejny rok. Ważne, że razem.

Wczoraj doszła kartka od N. Bardzo nas pozdrawia, właściwie każdego osobno, ale co ważniejsze, opowiedziała swój sen: leżała na kocu w wysokiej trawie, kiedy nagle, niewiadomo skąd, obok niej pojawiła się mała dziewczynka. N. z ciekawości spytała, gdzie są jej rodzice, a ta powiedziała, że „ich tu nie ma”. Następnie zapytała dziewczynkę, ile ma lat, a ona, że sześćdziesiąt dwa. N. wyjaśniła jej, że to przecież niemożliwie, bo wygląda na osiem, no może dziesięć, ale wtedy dziewczynka odpowiedziała, że kiedyś miała operacje, którą lekarze spieprzyli i od tamtej pory jest w śpiączce. N. nagle szybciej zabiło serce, po czym natychmiast się obudziła, zlana zimnym potem.
Mała, powiedz mi, czym są sny? Czy to naprawdę tylko szum informacji, nocne czyszczenie pamięci, czy może my naprawdę nic nie wiemy o świecie…?

Dzisiejsza noc okropna, jedna z najgorszych. Wstawałem na raty dwanaście razy, a jak wreszcie wstałem i zrobiłem kawę, to zaraz znalazłem dużo papierosów, jakieś resztki dwóch lekkich wódek z przedwczoraj i wróciłem do łóżka. Mała, ze mną jest coraz gorzej. Zdycham tu bez Ciebie, usycham jak Twoje rośliny. To hipotermia idzie, włazi we mnie, już dawno Ci mówiłem, że coraz częściej czuję tę zatęchłą szmatę.
Pozwól że przytoczę z encyklopedii medycznej:
Hipotermia umiarkowana (32–28 °C)
(osoba nie jest w stanie sobie pomóc):

– ból z zimna, – ja.

– brak wrażliwości na bodźce, – ja.

– skurcze mięśni, sztywność mięśni, – znowu ja.

– utrata poczucia czasu i zachowania energii, – to ja wczoraj i dzisiaj.

– apatyczne zachowanie i zaburzenia świadomości, postępująca utrata świadomości, poszkodowany może przypominać pijanego(!); bełkot, niezborność ruchowa, może nie pozwolić sobie pomóc, – cały ja!

Widzisz? To się dzieje.
Szaleństwa to moja sprawa i moja gra, ale hipotermia to Twoja robota. I co ja właściwie mogę? Żebrać nie zamierzam i nie będę, ale proszę zwyczajnie: przyjedź, wszystko rzuć, zostaw, zrób to i zjaw się wreszcie.
Zdechły jestem bez Ciebie. Pilnie potrzebuję słońca albo narkotyku, albo dziesiątek rozmów do rana.
Zapalę jeszcze jednego i wracam do łóżka. Świat mi nie jaśnieje, a mętnieje. Niech ten dzień się już skończy. Ponieistnieje w martwym śnie. Odpocznę.

Twój
— Adam Deloewe.

P.S. Podziękuj bratu za książki. Myślałem jednak, że sam je dostarczy, a on nadał je pocztą…
P.S.P.S. Wczoraj śniłem, że naga siedzisz mi na głowie.

***